Debiutancki album Lindsay Jordan ma w sobie coś z listów. Takich tradycyjnych, pisanych na papierze, zawierających więcej emocji i uczuć dzięki swojej fizyczności.
Czy można skonsumować babcię i nie dostać niestrawności? Okazuje się, że można i nie tylko nie trzeba obawiać się bólu brzucha, ale też porządnie i smacznie się najeść.
Debiutancki album panny McLaughlin to dla mnie małe rozczarowanie. Małe ponieważ muzycznie wciąż Bishop Briggs uwielbiam, czuję jedynie niedosyt po przesłuchaniu Church of Scars.
Czwarty album chicagowskiego wokalisty jest bardzo osobistą opowieścią. Ezra mówi w nim o niezrozumieniu, byciu w mniejszości i o tym jak trudno być innym, pierwszych kontaktach seksualnych i oczywiście miłości.
Z eksperymentami muzycznymi jest jak z chodzeniem po zamarzniętym jeziorze - jest fajnie dopóki lód się nie zarwie. “Chodź tu“ jest właśnie dla mnie takim zarwanym eksperymentem